Inicjacja w nowoczesnym świecie



[(...) Wywiad z Evolą został przeprowadzony na kilka miesięcy przed jego śmiercią - 27 grudnia 1973 roku - w rzymskim mieszkaniu myśliciela przy Corso Vittorio Emmanule 197 przez Gianfranca de Turris oraz Sebastiana Fusco. Taśma z nagraniem (...) spoczywała przez ponad dziesięć lat w jakiejś kasetce, z której wydobyto ją dla publikacji w drugim, rozszerzonym wydaniu Świadectw o Evoli (Testimonianze su Evola, Roma 1985, s.334-354) - Z.M.]

***

P: Jaką wartość może mieć w świecie współczesnym inicjacja?
O: W świecie współczesnym jest to rzecz, o której mało się jedynie mówi. Jeśli zaś chodzi o rzeczywistość, należy rozpocząć od zdefiniowania prawdziwego i właściwego pojęcia tego, „czym jest” inicjacja. Dosłownie „inicjacja” znaczy zaczynanie, inicjowanie czegoś lub inicjowanie kogoś do czegoś. Są tu teraz dwie podstawowe możliwości odnoszące się do tego, co – jak sądzę – dotyczy zasadniczego celu postawionego pytania. Jeśli przez inicjację pojmuje się otwarcie na plan różny od świadomości czysto ludzkiej i indywidualnej, z tego punktu widzenia – to założenie – istnieją, jak powiedziałem, dwie możliwości: jedna niewielka, którą się łudzą nieliczne kręgi, nieliczne umysły, jest tzw. samoinicjacją. Na przykład antropozofowie, tj. steinerianie, mówią ciągle o samoinicjacji, przeciwstawiając wręcz inicjacje z przeszłości, które uważają za przebrzmiałe, inicjacji nowoczesnej, która miałaby charakter czysto indywidualny, czynny, niezależny. Ale jest to zwyczajne dziwactwo, ponieważ jedynie w wyjątkowych przypadkach można myśleć o czymś takim: w ogólności inicjacja o charakterze czysto indywidualnym bądź też bez interwencji jakiejś siły wyższej przypominałaby wysiłek barona Münchausena, by samemu wyciągnąć się z bagna za włosy. Dlatego, aby inicjacja była rzeczywista, trzeba, żeby interweniował czynnik w pewnym sensie przekraczający (transcendente) jednostkę; to, wyjątkowo, może sprawdzić się w formie spontanicznej: jest to coś, co można by nazwać inicjacją w stanie dzikim – za Rimbaudem, który powiedział, że jest mistykiem w stanie dzikim. Może wydawać się, że jakaś trauma egzystencjalna uniesie sama z siebie ku temu otwarciu horyzontów; i może wydawać się nawet, że owo otwarcie horyzontów spełni się właściwie bez zdania sobie sprawy z tego, co zaszło, przez kogoś, komu się to przydarzyło. I może to zajść również w świecie nowoczesnym, tyle że przy zachowaniu rosnącej fizykizacji współczesnej jednostki ta możliwość staje się bardzo problematyczna: fizykizacja i zamknięcie, że tak powiem. Drugą możliwością jest możliwość otrzymania inicjacji za pośrednictwem czynności o określonym działaniu. Oto, co tu można powiedzieć o „inicjacji we współczesnym świecie”, w odpowiedzi na Pańskiej pytanie.

P: Tak, inicjacja – dzisiaj, obecnie, w aurze, która nas otacza, w atmosferze kulturalnej, w której żyjemy.
O: Tu zaczynają się pastisze. Aby inicjacja była możliwa w tych czasach, potrzeba ośrodka z osobami „zdolnymi inicjować”. Dzisiaj, gdy pojawiają się mistyfikacje wszelkiego rodzaju, jest to jasne: istnieje nawet, sądzę, że w San Francisco, inicjacja korespondencyjna, rzecz do śmiechu. Handicap polega na istnieniu lub nieistnieniu jakiejś jednostki, jakiejś grupy, zdolnej do przeprowadzenia tej operacji na inicjowanym. A tu są konieczne dwa warunki: należy powiedzieć, że inicjowany jest „inicjowalny”, a następnie, że inicjujący jest skuteczny. Z faktem, że inicjowany będzie „inicjowalny”, łączy się zespół prób, których – zwłaszcza w starożytności – wymagano. Szczególnie w antyku żądano – aby móc otrzymać inicjację – przebycia pewnych prób; prób, które w większości, jak się wydaje, odnosiły się do dziedziny reakcji instynktownych. Była to próba ognia, próba wody i inne; próba strachu i tak dalej. Trzeba następnie, by przez jednostkę owo oddziaływanie zostało przyjęte, by stała się ona w jakiś sposób pewną jego dyspozycją, którą można podsumować i oznaczyć za pomocą terminu „pęd”.

W związku z tym chcę wam opowiedzieć pewien epizod przedstawiony mi przez osobę, która tego doświadczyła: pewien mój przyjaciel, który był w północnej Afryce, poszukiwał właśnie takiego doświadczenia o ponadnormalnym charakterze. Wszedł w kontakt z pewnym kręgiem: a zatem umieszczono go przed lustrem i po wymówieniu pewnych formuł, pewnych dik, jak je nazywano, kazano mu się w nie wpatrywać; stopniowo, wpatrując się, mój przyjaciel ujrzał sinawe światło, które później nazwał miejscem płomieni, mając wręcz wrażenie ognia, który spalał wszystko wokół. Otrzymał już pewne słowo, które mógłby wymówić wtedy, gdy światło wydałoby mu się szkaradne. Pospieszył się zatem z jego wymówieniem, a wówczas szejk powiedział mu spokojnym tonem: „Niedobrze, niedobrze, powinieneś skoczyć!”. Nie był zdolny do przebycia próby.

Ważna wydaje się zatem, u niektórych, pewna linia olimpijska, cały proces przygotowania, w znaczeniu oczyszczenia ascetycznego, dystansu wewnętrznego i tak dalej, trochę w duchu autentycznego buddyzmu z początków. Z drugiej strony natomiast to, co mówiłem przed chwilą: zdolność do wewnętrznego pędu. Do tego się odnosi również ciekawe powiedzenie hermetyczno-alchemiczne: „Aby kuć metal, trzeba najpierw go rozgrzać”. Gdyby to przetłumaczyć, metal byłby jednostką, a kucie go oznaczałoby wyzwolenie jej: rozgrzanie oznacza rzucenie jej w stan skrajnego „wibrowania”, szczególnego wewnętrznego podniecenia.

Szukamy jednak możliwości inicjacji na Zachodzie, a to są jedynie wskazówki ogólne. Kiedy chodzi o grupy, które byłyby zdolne do skutecznego inicjowania – w znaczeniu tworzenia w jednostce tych uwarunkowań, przy założeniu, że mają one po temu kwalifikacje, albo że umiałaby ona przejść przez próby – rzeczy mają się jak najgorzej. O mistyfikatorach, których jest nie wiadomo ilu, powiedziałem już nieco wcześniej przy specyficznym przypadku amerykańskim; środowiska bardzo zamknięte, jeśli takie tu mogą istnieć, istnieją – jak się wydaje – na marginesie kabalizmu; istnieje także ogólna niejasność, do której narodzin przyczynił się również Guénon: wystarczy powiedzieć o wprowadzeniu pojęcia inicjacji „potencjalnej” (virtuale) lub też inicjacji, która nie jest w akcie (non é attuale), nie jest skuteczna, nie kończy się, ale daje jednostce potencjalną łatwość, przy staraniu o nią i stosowaniu się do niej, włączenia się do organizacji. To, oczywiście, przyczynia się do narodzin różnych niejasności. Teraz, powtarzam raz jeszcze, bardzo rzadko można znaleźć i wskazać na Zachodzie grupy rzeczywiście poważne i aktywne na polu inicjacji. Są jednakże talenty rozrzucone tu i tam, których pochodzenie można z trudnością prześledzić: reprezentują je bez wątpienia organizacje Giuliana Kremmetza, które – jak się wydaje – mają wymiar inicjacyjny; ale nie wiadomo dobrze, jaki był pierwszy pierścień owego łańcucha.

P: Jaka tradycyjna szkoła inicjacyjna, według Pana, byłaby bardziej dostosowana do rozkwitu w świecie takim, jak obecny; to znaczy, jaka jeszcze mogłaby być przynajmniej częściowo skuteczna?
O: Pan bierze pod uwagę tylko jeden czynnik: świat taki, jak obecny. Ale w takim świecie, jak ten, istnieje mnogość indywiduów, zatem należałoby raczej stworzyć jakąś naukę o przyczynach (una causologia) wedle jednostek i zgodności z przyjętym typem.

P: Ale w jakiego typu tradycyjnej społeczności inicjacyjnej biorąc początki, jaką się inspirując? Jeśli można mówić w ten sposób... naturalnie...
O: Wierzę, że należałoby rozpocząć od wskazania, jakie organizacje są do dyspozycji „na rynku” Zachodu. Powiedziałem wcześniej, że sprawy nie mają się dobrze: w rzeczywistości istnieją tu grupy mniej lub bardziej niejawne. Na przykład Guénon mówił wręcz o grupach wtajemniczonych chrześcijan, gnostyków, ale powiadał, że są ekstremalnie zamknięte; byłyby to grupy złożone z trzynastu osób i przyjmowałyby nowego adepta tylko wtedy, kiedy jedna z tych osób umrze.

P: A osobistości współczesne, o których także Pan wspominał: czy co do Gurdjieffa, na przykład, lub Crowleya Pan utrzymuje, że zostali wtajemniczeni?
O: Podtrzymuję to bez wątpienia. Ale Pan wie, że nie są to jasne sprawy...

P: To znaczy, nie wie się, co się stało z uczniami i tym podobnych rzeczy?
O: Poza tym nie wie się, jakie jest rzeczywiście ich curriculum, skąd przyszli, jakie dyspozycje naturalne mają, jakie spotkania „prorocze” mieli.

P: To, co Pan powiedział przed chwilą, pociąga za sobą dwa pytania. Pierwsze: mówiliśmy o Zachodzie; obecnie są tacy, którzy mówią, a jednym z nich, jeśli się nie mylę, jest Guénon, że jedyną obecną organizacją inicjacyjną, lepszą lub gorszą, jest masoneria. Jaki jest Pański sąd w tej sprawie?
O: To jest poza wszelkimi wątpliwościami. Również profan uzna, że w tej budowli organicznej, w systemie masonerii, w zespole jego rytów, jego symboli, została zgromadzona pewna ilość elementów o charakterze inicjacyjnym; ale inną rzeczą jest mówienie, że masoneria jest czynną organizacją inicjacyjną – dystans jest dosyć duży. Zwłaszcza, następnie, jeśli się przyjrzeć masonerii rytu szkockiego, która jest zarazem bardzo ezoteryczna i bardzo czysta, podczas gdy Wielki Wschód jest zakażony elementami politycznymi i elementami lewicowymi. Obecnie w owej masonerii rytu szkockiego, jak się wydaje, istnieje gorączkowa tendencja do gromadzenia symboli, tradycji bardzo nieautentycznych i bardzo zróżnicowanych; wszystko to jest postępującym synkretyzmem, bez możliwości zarysowania dominanty, której chce się w taki sposób przywrócić priorytet nad innymi składnikami, aby utrzymać to wszystko w granicach dziedzictwa (inventario). Teraz, w innych czasach, jak się wydaje, [masoneria] miałaby wartości rzeczywiście inicjacyjne; ale – gdy chodzi o nowoczesne czasy – należy powiedzieć, że wszystko jest przeszłością w stanie utajonym. Mówić „stan utajony” nie znaczy mówić: „nieistniejący”; istnieją możliwości ożywienia w danych warunkach i przy danych indywidualnościach; zatem nie wykluczam... Pośród masonów, których znałem i którzy mieli niezaprzeczalne kwalifikacje, był na przykład Arturo Reghini. Posiadał on, poza tym pewną kulturę, pewien duch krytyczny...

P: Słyszy się mówiących o masonerii na dwóch poziomach: to znaczy, masoneria, jaką znamy, byłaby rodzajem zakonu zewnętrznego, zwróconego po prostu ku przyciąganiu adeptów, którzy później mogą, stopniowo, doszedłszy w którymś momencie do wyższych stopni, przejść do zakonu wewnętrznego, gdzie rzeczywiście osiąga się inicjację, ale jest to zakon tajemny, zakon oddzielony od świata, wobec którego zakon zewnętrzny funkcjonuje po prostu jako filtr; komu uda się przezeń przejść, może osiągnąć prawdziwą inicjację.
O: O tym nie mogę się uczciwie wypowiadać, nie ma danych (elementi), aby móc mówić rzeczy tego rodzaju... Istnieje również mit tak zwanych Nieznanych Przełożonych, którzy są rzeczywistymi przywódcami, ale nie są jako tacy znani.

P: Drugą sprawą, o której chciałbym mówić, wywiedzioną z Pańskiej wypowiedzi początkowej, jest kwestia następująca: mówiliśmy o Zachodzie, ale co można powiedzieć o Wschodzie? Można rzec, że istnieją tam pewne potencjały, bądź w postaci organizacji inicjacyjnych, bądź w postaci pierwiastka ludzkiego, w postaci jednostek, dla których mogą istnieć owe sytuacje przychylne dla przejścia inicjacji, jakkolwiek również Wschód, jak Pan na przykład napisał we wstępie do La crisi del mondo moderno i w innych miejscach tej książki, upada razem z obecnym Zachodem?
O: Co się tyczy Orientu jako całości, jest jasne, że schodzi on tą samą pochyłością co Zachód, modernizując się i tak dalej, ale...

P: Chciałbym wiedzieć, czy niezależnie od tej sytuacji, myśli Pan, że na Wschodzie, dzisiaj, w porównaniu z Zachodem, istnieje jakiś potencjał lub jakaś konkretna społeczność czy krąg inicjacyjny? Pan podał przykład doświadczenia tego swojego przyjaciela z północnej Afryki, później wspomniał o Kabale: myśli Pan zatem, że istnieje tam jakaś możność?
O:
Bez wątpienia są tam mające znaczenie łańcuchy – nie można tego negować. Jest teoria „izmaelicka”, owych sirstila, którzy byliby „łańcuchami”, i imamów, którzy byliby najwyższymi przywódcami inicjacyjnymi, którzy są widzialni i niewidzialni, ukazują się w określonych okolicznościach, a później przechodzą w stan utajenia. Jest potem cała ta sprawa, być może znana Panu za pośrednictwem dzieła Meyrinka Golem, El Kitra, który byłby tajemniczą osobistością, wiedzącą, kto jest wtajemniczony, a wówczas mu się ukazującą.

P: Zatem byłoby więcej możliwości na Wschodzie, niezależnie od powszechnego schyłku?
O: Powszechny schyłek, jak mi się wydaje, odnosi się do środowiska zewnętrznego, dlatego Orient nie przeszedł do kultury prawdziwego i właściwego kryzysu: może tu istnieć stan materializacji, utraty poznania, ale nie ma nic podobnego do laicyzacji kultury, która charakteryzuje Zachód.

P: O sufich w szczególności chciałby Pan cokolwiek powiedzieć?
O: Dobrze: pośród sufich trzeba odróżnić sufich arabskich od sufich perskich, którzy byliby izmailitami, w najmniejszym stopniu dalekimi uczniami tego sympatycznego Starca z Gór. Ci drudzy przede wszystkim mają znaczenie: przybył tu jeden perski mistrz. Nie chodzi mi tu o osobę, jaką był, nie tyle o postawę, ale wręcz o uniform, o ubiór – o opończę, o skórzany, zapięty z przodu kaftan...

P: Przybył tu do Pana?
O: Tak.

P: Pańska fama sięga do Persji!
O: Nie wiedziałem. Ów [wspomniany] obecnie wykłada na pewnym uniwersytecie.

P: Znał Pańskie dzieła we francuskim tłumaczeniu, jak sądzę.
O: Bez wątpienia. Wracając do izmailitów: szach Persji jest przywódcą izmailitów. Początkowo imam, godność imama była podwójna – polityczna i duchowa.

P: Należałoby teraz zdefiniować w sposób nieco bardziej precyzyjny inicjację: to jest, czym się różni wtajemniczony od zwykłego człowieka, a lepiej – od osoby o głębokiej kulturze, od osoby wrażliwej i inne problemy tego rodzaju. W czym się przejawia „uskok” pomiędzy osobą wrażliwą w tych sprawach a prawdziwym i właściwym wtajemniczonym?
O: Różnica ma charakter ontologiczny: pierwszy może mieć tyle wyobrażeń, ile zechce, na temat spraw inicjacyjnych i tak dalej, ale w istocie pozostaje tym, kim jest; podczas gdy we wtajemniczonym dokonała się prawdziwa przemiana natury, która stawia go w tej samej relacji wobec człowieka zwykłego, w jakiej człowiek zwykły znajduje się wobec zwierzęcia. To ma pewną analogię z doktryną katolicką: kapłan zakonny otrzymuje pewną jakość, która go istotnie różnicuje od wszelkich ludzi i której nie może później przekreślić: charakter indelebilis – tak to nazywają.

P: Nie jest to jedynie tyle, że wie się więcej?
O: Nie, bynajmniej. Zakonność jest w tym wypadku równoważnikiem inicjacji.

P: Jest to być może powód, z którego, za przyczyną atmosfery kulturalnej, która nas otacza, jest bardzo trudno osiągnąć ów stan inicjacji, właśnie dlatego, że nie oznacza on znajomości wielokrotnie poważniejszej ilości rzeczy od kogoś innego, ale właśnie zmianę natury.
O:
Dokładnie tak.

P: Jakie są możliwości, które się otwierają przed wtajemniczonym?
O: [Otwiera się przed nim] pewna, bardziej szeroka, możliwość spojrzenia, to znaczy wizji i działania. Jeśli chodzi o działanie, nie jest wykluczona, w pewnych granicach, możliwość działań, by tak rzec, na polu poznania, percepcji pewnych subtelnych stosunków pomiędzy przyczyną a skutkiem, przez co wtajemniczony wie, jak pewne rzeczy w sprzyjający sposób uobecnione wytwarzają bezpośrednio lub pośrednio określony skutek. W sumie, pewna większa rozległość poznania i działania, za którą zawsze nie nadąża możliwość ofiarowana zwykłemu człowiekowi.

P: A w zaświatach, w innej przestrzeni, w innym świecie? Jakie jest przeznaczenie wtajemniczonego?
O: Jest radykalny punkt widzenia, że wejdzie w bestię...

P: Jeśli Alcybiades nie byłby wtajemniczony, wtajemniczający zabójca nie przeżyłby...
O: Dokładnie tak, ale samo to przeznaczenie jest gatunkiem ultrarealizmu, który zsyła na diabła wartości ludzkie, ludzkie waloryzacje. Zawsze, to jasne, w odniesieniu do zmiany o charakterze ontologicznym.

P: Czy według Pana jest możliwe dzisiaj ożywienie pewnych tradycyjnych szkół inicjacyjnych, wobec których przejawia się na poziomie profańskim pewne rozbudzenie zainteresowań, na przykład alchemii, samej Kabały?
O: Jeśli chodzi o alchémię...

P: Sprawia mi przyjemność słuchanie, jak Pan wymawia „alchémia”, a nie „alchemía”.
O: Zależy zatem, ku jakiej rzeczy się zmierza: jeśli ktoś uprawia alchémię lub alchemíę, aby robić złoto, wystarczy przytoczyć znane powiedzenie, które mówi, że „aby robić złoto, trzeba mieć złoto”, i w jakimś przypadku nie jest nawet wykluczone zjawisko materialne, ale to zakłada osiągnięcie wymiaru przekraczającego (transcendente) jednostkę. Jeśli chodzi zatem o alchémię pojętą w tym sensie, mistrzowie alchemiczni... jeśli są oni ewentualnie hermetykami, to jest to trochę różne. Jeśli chodzi o Kabałę, trzeba wiedzieć, czy istnieje jeszcze pewien zapał do kabalizmu ezoterycznego. Wydaje się, że istniał on w Pradze, ma się tego poczucie, kiedy się czyta książki Meyrinka; i z nich się wyciąga główne idee.

P: System Złotego Zarania (Golden Dawn), który był implantem kabalistycznym, pojawił się w Anglii po przejściu przez wiele transformacji, wiele faz, ale jego korzenie są kabalistyczne.
O:
Nie potrafiłbym tego powiedzieć, ponieważ z wyjątkiem tych wiadomości z drugiej lub trzeciej ręki, które znalazłem w książkach o Crowleyu i innych, nie wiem bezpośrednio nic o tej organizacji. Wydaje się jednak, że miał on pewną powagę, spostrzegł to także Guénon, pokazując jednak rogi...

P: Tak, w istocie to spostrzegł, dało się to zauważyć również w listach, które do Pana napisał i które zostały opublikowane. W związku z tym, co zostało powiedziane: z czego, jak Pan sądzi, wypływa obecne zainteresowanie sprawami tajemnymi, ezoterycznymi, magią, okultyzmem etc.
O:
O tym, obawiam się, trzeba koniecznie wypowiedzieć się w sensie negatywnym: wszystko zamyka się w pragnieniu ucieczki...

P: Po prostu ucieczka?
O:
Ucieczka od obecnej kultury, od obecnego społeczeństwa. W sumie: pragnienie czegoś innego, odmiennej rzeczywistości. Potrzeba w wielkiej części mętna, ponieważ wystarczy zanalizować to, na czym się skończyła, na współczesną tuzinkowość: niech Pan popatrzy, jakie to łatwe!

P: Opublikował Pan, wiele lat temu, książkę Maschera e volto – było to w latach 1930-1932. Teraz została ona przedrukowana. Czy to znaczy, że są „powroty” do tamtych problemów? I jak to jest z tymi cyklami? Czy one są szczególnymi momentami historycznymi?
O:
Może zdawać się, że tak jest, a nawet można mówić o tym wiele. Czterdzieści lat temu był początek lat trzydziestych i wówczas mogła to być krytyczna atmosfera powojnia; ale nie, to by było zbyt odległe, nie można o tym mówić nie biorąc pod uwagę usztywnienia środowiska od momentu, gdy pewne okowy zostały wówczas zaciśnięte w naturalnej reakcji na odruch ucieczki.

P: Zatem jest to sytuacja, która trochę potrwa?
O:
Tak, tak.

P: Czy mógłby Pan coś powiedzieć o relacjach pomiędzy tak zwanymi szkołami wysokiej magii a inicjacją?
O:
Należałoby wskazać, jakimi...

P: Przytaczałem tę Kremmerza...
O:
Magia bez inicjacji jest farsą. Magia pociąga za sobą w ten lub w inny sposób przerwanie przegrody pomiędzy „ja” i „nie-ja”, usunięcie granicy zwykłej indywidualności, co jest równoważne bardziej lub mniej z inicjacją.

P: Szkoły tantryjskie: czy Pan myśli, że mogą być aktualne dzisiaj? Czy możliwe jest oczekiwanie, jak napisał pewien krytyk angielski, nowego odrodzenia zainteresowań dla tantrystycznej praktyki lewej ręki?
O:
Oczywisty jest motyw przyciągania tylu młodych ludzi... Ponieważ czynnikami istotnymi są tu pierwiastek żeński i orgia, jest jasne, że to przyciąga bardzo. Zatem jest pewne, że droga tantryjska może być praktykowana, ale jest skrajnie niebezpieczna: trzeba, aby nie była przyjmowana jako usprawiedliwienie, przede wszystkim samego siebie, jako uleganie samemu sobie; następnie potrzebna jest – znowu – inicjacja, ponieważ również tantryzm ją zna.

P: Inne zjawisko, które teraz interesuje przede wszystkim młodych. Pan mówił najpierw o konieczności wyeliminowania opozycji pomiędzy „ja” i „nie-ja”; liczni młodzi szukają tego w narkotykach, właśnie dla przezwyciężenia owej bariery pomiędzy „ja” i „nie-ja”. Narkotyki są bardzo rozpowszechnione, jak Pan to wie, pomiędzy hipisami i grupami podobnego rodzaju, które rozwinęły prawdziwą religię narkotyków, właśnie z zamiarami – bardziej lub mniej – tego rodzaju, bardzo mętnymi, wyrażanymi w sposób bardzo osobliwy.
O:
Jesteśmy w tym samym punkcie, co przedtem: należy dostrzec, jakie sytuacje to tworzy, ponieważ narkotyki nie otwierają pewnych bram, a następnie należy zobaczyć, gdzie to się znajduje; kropla lub dwie mogą bez pomocy doprowadzić do przelania się – ale dlaczego i w jakich warunkach? Na przykład, w inicjacjach środkowo-amerykańskich, tubylczych, gdzie się używa narkotyków, jest założona cała praktyka dla tego, kto powinien ich użyć – w taki sposób, żeby rzeczy przybrały właściwy wymiar.

P: Pan praktycznie zamyka kwestię, mówiąc, że wszystko to dzisiaj jest powierzchownym faktem, bez wiedzy, co robić i jak robić.
O:
To jest oczywiste, ponieważ sama formuła „ascetycznego użytku z narkotyków” bawiłaby prawie wszystkich, którzy ich używają.

P: Praktycznie wszystko to jest zwykłą ucieczką podejmowaną w nieświadomości.
O:
Następnie jest inna rzecz: nie wiem, kto powiedział: „Strzeż się tego, co można otrzymać przez środek zewnętrzny! Za jego pomocą zabijesz możliwość dojścia samemu do celu”.

P: Wszystko to łączy się również z innym faktem, to znaczy z wielkim zainteresowaniem, które zazwyczaj ma dzisiejszy młody człowiek, kontestator, hipis, przede wszystkim amerykański, dla doktryn orientalnych, poczynając od Zen – Kerouac był tu jednym z pierwszych – a na podróżach do Indii czy Nepalu kończąc, aby szukać tam kto wie, czego.
O:
Tak, ale to wszystko zaczęło się już w czasach teozofii: w reakcji na zachodni pozytywizm wszyscy zwrócili się ku Wschodowi. I z tego, następnie, zrodziła się teozofia prawdziwa i właściwa. Na obrzeżu były tu zjawiska mediumiczne, okultystyczne, na przykład pułkownik Olcott...

P: Również pani Blavatska...
O:
Pani Blavatska była medium.

P: Zatem również i tutaj powrót do sytuacji sprawdzonych już sto lat temu. Towarzystwo Teozoficzne zostało założone w 1875 roku. Nic nowego pod słońcem.
O:
Chciałbym dodać pewną uwagę na temat Zen. Tu narodziły się pewne równoważniki, ponieważ – biorąc pod uwagę kompletny irracjonalizm Zen, lekceważenie tradycyjnych norm i tak dalej – wydaje się, że dla owych zachodnich anarchoidów stał się on łakomym kęsem i zapomina się, jaki jest obraz kulturalny, w obrębie którego Zen przejawił się w tej postaci.

P: Zatem również tu robią różne rzeczy bez rzeczywistej wiedzy o ich znaczeniu?
O:
Istnieje następnie inna rzecz, istnieje inny moment farsowy – pragnienie czynienia łatwych rzeczy, ponieważ Zen mówi, że w pewnej chwili można zostać satori, oświeconym, ot tak, nagle.

P: Oświecenie w okamgnieniu...
O:
Tak, również wtedy, kiedy się je spagetti. A więc to naturalnie ekscytuje i przyciąga. Innym momentem jest to, że w takich przypadkach inicjacje, które wydają się iluminacjami, można porównać z kieliszkiem, który został wypełniony wodą prawie aż po brzeg: ale wystarczą jedna lub dwie krople, żeby się przelał; nie jest tak, żeby kropla lub dwie mogły same go przelać, ale dlatego istnieje, na szczycie, całe przygotowanie wewnętrzne. W istocie, istnieje słynny epizod z policzkiem: z uczniem, który domaga się inicjacji Zen, i mistrzem, odpowiadającym mu przez danie policzka; i inny, z tym, który przytrzaskuje ramię bramą aż do złamania go i w momencie, w którym doświadcza bólu, spełnia się jako satori. Następnie jest jeszcze ten, mniej sympatyczny, z uczniem, który przychodzi do mistrza i pyta go, jakie jest znaczenie Zen, i otrzymuje policzek; potem znów wraca i ponownie pyta się o znaczenie Zen i dostaje kolejny policzek. Ta historia powtarza się, powiedzmy, czterokrotnie; w końcu, uczeń pojawia się przed mistrzem i, nie mówiąc ani słowa, wymierza mu policzek; wówczas ów uśmiechnięty mówi: „Wreszcie zrozumiałeś”. To, aby powiedzieć, że iluminacja jest pewnym aktem wewnętrznym, a nie bierną recepcją.

P: Istnieje pewne odrodzenie zainteresowań, również praktycznych, religiami prymitywnymi, haitańskim voodoo, kultami płodności w Europie Środkowej i tak dalej. Czy jest jakieś sprzężenie tego nowego zainteresowania z nowymi możliwościami, które otwierają się na Zachodzie?
O:
Zainteresowanie dla religii prymitywnych, w mierze, w jakiej one jeszcze istnieją...

P: Zainteresowanie praktyczne... Próbuje się wręcz ożywić dawne religie; na przykład Gardner, który wycofał się poza swą zarozumiałość, zakłada religię czarowniczą... Pan znał Gardnera, nieprawdaż? Pewnego razu Pan mi powiedział, że przybył tu do Pana. Angielski profesor, który stworzył muzeum czarownic na wyspie Man.
O:
Nie wiedziałem, że był „przywódcą-czarownikiem”. Wydawał mi się typem bardzo détragué, przybył tu z członkiniami, z których każda wydawała się działać na własny rachunek, z koszykiem na zakupy, a jedno z jego błękitnych oczu było tak blade, że przypominało wodę.

P: W istocie był jednym z tych, którzy praktycznie nadali życie doktrynie Murray, Margareth Murray, podług której magia i czarownictwo wypływały z antycznych kultów płodności, rogatego boga itd.
O:
Ale pani Murrau jest po prostu teoretykiem, nie jest taka, jak ci rzeczeni tutaj.

P: Rzeczywiście, Gardner później skonkretyzował swoje teorie. Zatem sądzi Pan, że jest jakaś relacja pomiędzy tymi wszystkimi faktami: ożywieniem tych spraw, antycznymi religiami, zainteresowaniem dla voodoo, kultami płodności? Na przykład, kryzys chrześcijaństwa, które nie satysfakcjonuje już pod niektórymi względami...
O:
Ale pan wie, że Chrystus został wchłonięty przez owe półprymitywne kulty. Często jednakże kończy się to wyłącznie na ewokacji – ta uwaga odnosi się do voodoo i przede wszystkim do calombé, które jest jego odpowiednikiem brazylijskim.

P: Jak rozpatruje tę dziwną sytuację religia dominująca na Zachodzie, to znaczy chrześcijaństwo, katolicyzm? Z jednej strony mówi się, że jest ono w kryzysie, z drugiej – jest przyjmowane przez nowe generacje w rodzaju hipisowskiej. Teraz, na przykład, bardzo popularna jest postać Jezusa Chrystusa...
O:
Może w jego aspekcie rewolucyjnym, proletariackim...

P: Ale w tym samym czasie urzędowa religia – z duchowego punktu widzenia – jest w kryzysie.
O:
Jest to kryzys wszystkiego tego, co jest tradycyjne... Katolicyzm obecny postępuje bardziej lub mniej ohydnie, wyzwala się od pięknej części swej liturgii, istnieje msza sprawowana na opak i tak dalej. Kościół wydaje się odrzucać coraz bardziej swój wymiar transcendentny i tradycyjny. To również ma potwierdzenie w znanym kryzysie nowych kadr zakonów mniszych.

P: Przeczytałem niedawno, że w ostatnich latach porzuciło sukienkę 15000 kapłanów. Na całym świecie, naturalnie. Zatem utrzymuje Pan, że postać Jezusa Chrystusa istnieje obecnie jako figura rewolucjonisty, zatem jako figura człowieka, a nie jako postać boska?
O:
Sytuacja ogólna nie jest sytuacją kryzysu, który – beznadziejnie – wymaga ocalenia wewnętrznego; nie ma nikogo, kto myśli o tych historiach.

P: Ocalenia zewnętrznego, rewolucji status quo.
O:
To zewnętrzne jest czym innym, ale istnieje przesłanka dla rewolucji wewnętrznej. Jeśli w okresie rzymskim, wraz z wprowadzeniem religii orientalnych i samego kultu dionizyjskiego, nie zrodziłby się ów ferment, ów impuls ku ocaleniu, chrześcijaństwo nie stanęłoby na nogi. Jeśli pozostaliby nieugięci wszyscy patrycjusze – żegnaj chrystianizmie.

P: To znaczy, że chrześcijaństwo się zakorzeniło, ponieważ sytuacja była już do tego dostosowana.
O:
Ma się rozumieć.

P: Czy nie istnieje teraz możliwość, że coś zakorzeni się w chrześcijaństwie?
O:
W chrześcijaństwie? Jest faktem, że w chrześcijaństwie wszystkie pozycje są zajęte. W jakich przejawach chrześcijaństwa?

P: Dając życie, powiedzmy w ten sposób, jakiemuś chrześcijaństwu Janowemu, ezoterycznemu?
O:
„Ezoteryczny” jest terminem, który odnosi się przede wszystkim do planu teoretycznego; powinno się więc mówić „typu inicjacyjnego”; a zatem widać, że rzeczy są troszeczkę za bardzo złożone. Ale możliwość dania miejsca jakiemuś chrześcijaństwu inicjacyjnemu, dzisiaj... Tradycja ezoteryczna, która się dopełniła, miała zawsze wymiar egzoteryczny, przede wszystkim dewocyjny, aby wyjść na spotkanie masom, o charakterze bardziej lub mniej sentymentalnym lub emocyjnym, i pewien wątek ezoteryczny czy inicjacyjny. Jakkolwiek jest to tym, co – jak się uważa wśród niektórych – ex re, nie znalazło się tu nic z owej tradycji ezoterycznej, która bieży podziemnie blisko tradycji o charakterze egzoterycznym, czyli po prostu dewocyjnym.

P: Nawet u początków?
O:
O początkach nie można mówić i nie można nic powiedzieć, gdy chodzi o początki, jak Pan wie dobrze, ponieważ cztery ewangelie ustaliły się definitywnie około trzeciego, czwartego wieku poprzez selekcję, ponieważ istniała pewna liczba innych ewangelii, czasem o charakterze półinicjacyjnym, jak Ewangelia Ewy i różne inne, na które wpłynęło środowisko będące w istocie gnostyckim.

P: A jeśli chodzi o to, co odnosi się do mistyków chrześcijańskich Średniowiecza? Jest możliwe wyśledzenie u nich, nie powiem, że korzeni chrześcijaństwa ezoterycznego, ale wskazówek?
O:
Tak, wielcy mistrzowie tu byli, ale od początku nie łączyli się w łańcuch. Nikt nie może zaprzeczyć, że na przykład Mistrz Eckhardt...

P: Jacob Boehme...
O:
Naprawdę był on protestantem...

P: Mówiłem w istocie o chrześcijanach, nie o katolikach.
O:
Nie można zaprzeczyć, że ci i różni inni byli postaciami, które miały gwałtowne doznania o charakterze mistyczno-inicjacyjnym, ale doznania odosobnione.

P: Nie istnieje zatem łańcuch i obecnie byłoby trudno uczynić owo przejście...
O:
Rzeczywiście, [ale] aby być uczciwym, [trzeba wspomnieć, że] jeśli się czyta Mistrza Eckharta, spotyka się często: „Mój mistrz mi powiedział...” itd. To nakazuje mniemać, że otrzymał od kogoś owe nauki.

P: Pan powiedział, że najpierw upowszechnienie chrześcijaństwa nastąpiło w środowisku gnostyckim. Pan wie, że wielu z tych, którzy chcieli odzyskać domniemaną postawę ezoteryczną chrześcijaństwa, mówiło o chrześcijaństwie gnostyckim, próbowało „przepisać” w sensie gnostyckim chrześcijaństwo. Czy wartościowy jest zamiar tego rodzaju?
O:
Gnostycyzm nie jest tym, co odczucie gnostyckie w wąskim sensie, które pojawia się z historii religii w ostatnich wiekach po Chrystusie. Jeśli chodzi o dzisiejsze zamiary zaszczepienia gnostycyzmu w chrześcijaństwie, są tu trudności, o których była mowa. Próbowałem – i napisałem to w jakiejś mojej książce, sądzę, że był nią Il cammino del cinabro – próbowałem osobiście wysondować to, co istniało w środowiskach monastycznych, aby zobaczyć, czy była tam możliwość jakichś ram, w obrębie których, nawet indywidualnie, można by się oddać pracy inicjacyjnej, ale to badanie dało negatywny wynik. A później udałem się pod maską hipokryzji, dzięki której dostałem od generalnego penitencjarza apostolskiego list polecający, który powiadał: „Ów typ, który chce zrozumieć zakony religijne, niech będzie uważany...”. Najlepsi byli kartuzi. Byłem w macierzystym ich domu w Farnecie, niedaleko Lukki, i można było tam doznać różnych rzeczy sympatycznych. Na przykład każdy klasztor kartuzów jest skonstruowany wedle ścisłego schematu. Jest w nim wielki kwadratowy dziedziniec, który służy również za cmentarz, gdzie ziemia się zapada, kiedy trup ulega rozkładowi. Wszędzie wokół są domki albo [pozostały] jeszcze kwadratowe ślady domków, jeden blisko drugiego, [w miejscu] gdzie biegnie strumyczek, a każdy z mnichów ma jeden z owych domków. To jest rzecz sympatyczna, malutka intymność monachizmu, pewnego monachizmu. Wewnątrz [każdego domku] jest pokój do modlitw, pokój do pracy, i jeszcze jeden pokój na posiłki. Istnieje tam reguła milczenia; ale ja to zrozumiałem w okresie Epifanii [święta Trzech Króli – Z.M.]... Myślałem: ci są milczkami; jednak w noc Epifanii jest celebracja liturgiczna i przez cały czas [mnisi] nie robią nic, tylko śpiewają w kościele: są zdolni do tego, by przebywać trzy godziny w kościele i bardziej niż z namiętnością śpiewać. Było to malownicze widowisko – te białe cienie – ponieważ [kartuzi] mają białe habity – każdy z latarenką – które udawały się na chór żwawym krokiem, prawie biegnąc przez śniegi; następnie wszyscy zajmowali miejsca i na suche polecenie przeora – który wydawał się być dla nich niczym Bóg – zaczynali śpiewać. Czysty śpiew gregoriański, bez muzyki ani niczego innego.

P: W innych zakonach nie odnalazł Pan cech ezoterycznych czy inicjacyjnych?
O:
Wszedłem w kontakt z tak zwanym mistrzem nowicjuszy, tym, który naucza nowicjuszy, który przypadkiem był poinformowany o tym, czego szukam. I otworzył mi on malutką szczelinkę na to, czego poszukiwałem, albo też drogę, która pociągała za sobą bardziej lub mniej autonomiczną metodę samorealizacji, mówiąc mi: „Nie jest to rzecz, która przynależy do naszej drogi, to jest również coś troszeczkę lucyferycznego; naszą drogą jest modlitwa i inwokacja do Ducha Świętego”.

P: Mówi się trochę rzeczy tego rodzaju o mnichach z góry Athos.
O:
Ostatnie wiadomości są katastroficzne, wydaje się, że oni są super-zdziecinniali – są bardzo nieliczni i prawie wszyscy stuletni.

P: Myślę, że istnieje tam również jakiś typ praktyki fizycznej?
O:
W istocie, chrześcijaństwo prawosławne ma o wiele więcej możliwości od katolickiego.

P: Ale mówi się, że mają również praktyki o charakterze fizycznym, typ praktyki oddechowej, która – zdaje mi się – nazywa się filocalia.
O:
Istnieje modlitwa Jezus w sercu, pewien rodzaj powtarzania mantry.

P: Zacytowane to zostało w Introduzione alla Magia. Rady opata Xerocarki: opuść głowę na piersi, zwróć spojrzenie w siebie samego, otwórz oko wewnętrzne, które jest pośrodku serca twego. Wydaje się, że jest to jedyny przykład tego rodzaju w obrębie chrześcijaństwa.
O:
Rodzaj zintegrowanego mistycyzmu... Wracając do sprawy kartuzów, którzy byli milczkami, a później przez cały czas śpiewali: ów mistrz mi powiedział, że ich metodą jest śpiewanie aż do wyczerpania.

P: To jest powtarzanie w istocie mantry.
O:
Tak, prawie. Ale sednem sprawy była dosyć długa liturgia – zatem nie powtórzenia tej samej frazy, stałej i mniej lub bardziej krótkiej – taka, która prowadziła ich do stanu wyczerpania, ułatwiającego zejście pewnego oddziaływania duchowego.

P: Ten sam mistrz nowicjuszy powiedział o rozpoznani pewnego wpływu lucyferycznego na drogę, którą Panu ukazał... Gnostycy mówili, że Bóg Biblii był diabłem. To nie może nie łączyć się, w pewien sposób, z okresem – nie chciałbym powiedzieć – odnowionej ludowości, ale, powiedzmy, z odnowieniem zainteresowania diabłem, widzianym już nie jako książe tego świata, jak mówi Ewangelia, ale w istocie jako przewodnik, to znaczy jako Luciferus, nosiciel światła.
O:
Wówczas byłby prawdziwym Lucyferem – według etymologii.

P: Właśnie, według etymologii, a nie według klasycznej ikonografii, która go przedstawia jako rogatego diabła. Istnieje nowe zainteresowanie satanizmem, odwoływanie się do diabła, aby otrzymać rzeczy, których w inny sposób nie uda się otrzymać...
O:
To prowadzi do przesady, wystarczy popatrzeć na tego dzielnego Szandora La Veya...

P: Jest Amerykaninem ,więc postępuje na amerykańską modłę...
O:
Istniał Tantryjski Zakon Ameryki, który publikował przegląd „The Tantric Order of America”, gdzie między innymi utrzymywał, że nie ma odpowiednio dużej ilości kobiet dla usatysfakcjonowania tantryjskiego mistrza inicjacji. Poprzez to rozumie się...

P: ...dokładnie ducha tego rodzaju rzeczy... Amerykanie są zawsze tacy, jednak nie sądzę, że nie zrobili nic poważnego w tym zakresie.
O:
Pytałem Sir Johna Woodrofte’a, Arthura Avalona...

P: Jeszcze żyje?
O:
Nie, teraz już nie żyje. Powiedziałem mu zatem, co mnie zainteresowało u owych tantrystów amerykańskich: odpowiedział przejęty zgrozą, że istniał pewien przywódca tego zakonu, który się nazywał skromniutko – Aum Wszechpotężny...

P: Mówił mi o nim Francis King.
O:
...który między innymi urządzał długie msze z bardzo młodymi dziewczętami i zamierzał przenieść się do Anglii, aby bronić swych nauk. Wówczas Woodrofte mi przysłał wycinek z jakiegoś dziennika angielskiego, gdzie znajdował się napis: No room for Aum.

P: Nie ma miejsca dla Auma!
O:
Między innymi [tekst ten] mówił: Nie jesteśmy wtajemniczeni w głębokie misteria obrządków tantryjskich, ale dosyć obawiamy się, że to, co się tu robi, nie różni się wiele od tego, co dzieje się w naszych nocnych kręgach bardzo zdyskredytowanych, bardzo podejrzanych.

P: Zwykłe angielskie eufemizmy.
O:
Są również misteria Mitry, jest pewien ich ośrodek w Anglii.

P: W jakim okresie? Obecnie?
O:
W czasach bardzo niedawnych. Nie pamiętam, gdzie to czytałem, a czułem się ogłupiony, ponieważ była to rzecz nieco skomplikowana.

P: Crowley wierzył, że etymologicznie słowo „Bafomet” wywodziłoby się od Baphe Mithra, ojciec Mitra, czy też czegoś w tym rodzaju, a otrzymał tę wiadomość w planie astralnym, za pośrednictwem jakiejś istoty.
O:
Jak doszedł do tego wyjaśnienia?

P: Do mówienia o ojcu Mitrze? Zrobił rachunek kabalistyczny i wartość numeryczna liter temu odpowiadała.
O:
Jest także inna interpretacja – „chrzest mądrości”, która została przedłożona na początku wieku przez pewnego badacza niemieckiego.

***

(źródło: Testimonianze su Evola, 1985
tłumaczenie: Zbigniew Mikołejko
pismo „Społeczeństwo Otwarte” nr 11, 1996)