Chaos społeczny


René Guénon



Nie leży w zakresie niniejszego studjum zastanawianie się nad punktem widzenia społecznym, obchodzącym nas jedynie bardzo pośrednio, ponieważ przedstawia on dość odległe zastosowanie zasad podstawowych i dlatego właśnie naprawa świata współczesnego nie mogłaby nastąpić, rozpoczynając od tej dziedziny.

Naprawa ta w samej rzeczy, podjęta w ten odwrotny sposób, to znaczy rozpoczynając od skutków, zamiast od przyczyn, byłaby pozbawioną poważnych podstaw, a zatem byłaby tylko ułudą; nic stałego nie mogłoby z niej wyniknąć i należałoby wciąż rozpoczynać wszystko od początku, dlatego, że uprzednio nie osiągnęło się porozumienia, co do prawd zasadniczych. Z tej to przyczyny jest niemożebnem udzielić kategorjom politycznym, nawet w najszerszem znaczeniu tej nazwy, innego znaczenia, jak tylko znaczenia zwykłych znaków zewnętrznych umysłowości danej epoki. Jednakże nawet pod tym kątem widzenia nie możemy pominąć zupełnem milczeniem przejawów bezładu współczesnego w dziedzinie społecznej, jako takiej.

Nikt w obecnym stanie świata zachodniego nie znajduje się na stanowisku, któreby mu odpowiadało normalnie ze względu na jego własną naturę; wyraża się to powiedzeniem, że kasty już przestały istnieć, kasta bowiem, pojęta w swem właściwem, tradycyjnem znaczeniu, nie jest niczem innem, jak samąże naturą indywidualną z całokształtem specjalnych uzdolnień, które to uzdolnienia przygotowują każdego człowieka do spełniania takiej lub innej funkcji. Z chwilą zaś, gdy dostęp do jakichkolwiek czynności nie podlega już żadnej uzasadnionej regule, wynika nieuchronnie, że każdy będzie wykonywał jakiebądź czynności, często takie, do których jest jak najmniej zdatny, rola zaś jego w społeczeństwie będzie określona nie przez traf - który w istocie nie istnieje (1) - ale przez to, co daje złudzenie ślepego trafu, czyli przez zazębienie różnego rodzaju przypadkowych okoliczności. Najmniejsze mieć tu będzie znaczenie jedyny czynnik, który powinienby znaczyć w podobnym wypadku; mamy tu na myśli różnice usposobienia, istniejące między ludźmi.

Przyczyną całego tego bezładu jest zaprzeczenie tych właśnie różnic, tyczące się również i hierarchji społecznej; zaprzeczenie to, zrazu może ledwie świadome i objawiające się raczej w praktyce, niż w teorji - pomieszanie kast bowiem poprzedziło ich zupełne skasowanie, a raczej, innemi słowy, pomylono się co do natury poszczególnych jednostek, zanim się nauczono nie brać ich zupełnie pod uwagę - zaprzeczenie to więc, powtarzamy, zostało przez współczesnych podniesione do godności pseudo-zasady pod nazwą "równość". Byłoby zbyt łatwem zadaniem wykazać, że równość nie może nigdzie istnieć, dla tej prostej przyczyny, że niema dwóch istot, które byłyby jednocześnie wyraźnie odrębne i zupełnie podobne do siebie pod każdym względem; równie łatwo możnaby wykazać wszystkie bezsensowne skutki, wynikające z tego urojonego pojęcia, w imię którego narzuca się wszędzie jednakowy szablon, jak np. dając wszystkim jednakowe wykształcenie, tak, jakgdyby wszyscy byli w stanie rozumieć te same rzeczy, lub też jakgdyby do pojęcia tychże można było stosować dla wszystkich bez różnicy jedne i te same metody. Możnaby postawić pytanie, czy nie chodzi tu raczej o wyuczenie się, niż o zrozumienie prawdziwe, to znaczy, czy inteligencja nie jest tu zastąpiona pamięcią, w pojęciu czysto słownem i "książkowem" obecnego systemu nauczania, dążącego jedynie do nagromadzenia pierwotnych i luźnych wiadomości i w którym chodzi o ilość tych wiadomości, a nie o ich rodzaj; dzieje się to w świecie współczesnym z przyczyn, które wyjaśnimy dokładniej nieco dalej: jest to zawsze rozproszenie w wielorakości. Możnaby tu powiedzieć wiele o błędach nauczania przymusowego, nie tu miejsce jednak nad tem się zastanawiać; nie chcąc zaś wychodzić z ram, któreśmy sobie zakreślili, musimy się zadowolić zaznaczeniem mimochodem owego specjalnego skutku teorji równości, jako jednego z czynników nieładu, czynników zbyt licznych, aby można je wymienić wszystkie, nie pominąwszy z nich ani jednego.

Oczywiście, jeśli znajdziemy się wobec pojęcia takiego, jak "równość" lub "postęp", lub też wszelkich innych dogmatów świeckich, na ślepo przyjmowanych przez prawie wszystkich naszych współczesnych, dogmatów, z których największa część zaczęła się kształtować w XVIII stuleciu, to staje się niemożliwością przypuszczenie, że takie pojęcia mogły się zrodzić spontanicznie. Są to rzeczywiste sugestje, w najściślejszem tego słowa znaczeniu, nie mogące wywierać wpływu gdzieindziej, jak tylko w środowiskach, na przyjęcie ich przygotowanych; pojęcia te nie wytworzyły same całkowicie stanu umysłu, charakteryzującego epokę współczesną, ale znacznie przyczyniły się do rozwoju jego w stopniu, któregoby sam przez się nie zdołał osiągnąć. Gdyby te sugestje się rozwiały, ogólna umysłowość rychłoby zmieniła orjentację, dlatego też są one tak starannie podtrzymywane przez tych wszystkich, którym zależy na podtrzymywaniu nieładu, jeśli już nie na powiększaniu takowego; stąd również w czasach, w których wszystko podlega dyskusji, jedynie te właśnie pojęcia nie bywają dyskutowane. Trudno jest zresztą określać dokładnie stopień szczerości tych, którzy zajmują się propagandą podobnych pojęć, jak również zbadać, do jakiego stopnia ludzie dają się brać na lep własnych kłamstw i sugestjonują siebie samych, sugestjonując innych; a nawet w tej propagandzie ci właśnie naiwni, poddający się własnej sugestji, są najlepszemi narzędziami, wnoszą tu bowiem głębokie przeświadczenie, któreby inni z trudnością mogli symulować i które łatwo się udziela. Poza tem wszystkiemu jednakże potrzebna jest akcja, najzupełniej świadoma, potrzebny jest kierunek, który może być nadany jedynie przez ludzi zdających sobie dokładnie sprawę z myśli, wypuszczonych przez siebie w obieg. Użyliśmy tu wyrażenia "myśli", określenie to jednak nie jest tu właściwie użyte, jest bowiem rzeczą oczywistą, że nie chodzi tu o myśl oderwaną, ani o cokolwiek, mogącego być choćby w przybliżeniu zaliczonem do kategorji "intelektu". Są to myśli fałszywe, jeśli chcemy; lepiej, by je wszakże określić jako "pseudomyśli", przeznaczone głównie do wywoływania reakcji sentymentalnych, co jest w samej rzeczy środkiem najłatwiejszym i najskuteczniejszym dla oddziaływania na masy. Pod tym względem "słowo" ma tu większe znaczenie od pojęcia, które ma wyrażać i po największej części "bożki współczesne" są właściwie tylko słowami. Okazuje się tu bowiem ten osobliwy fenomen, znany pod nazwą "werbalizmu", kiedy to dźwięk słów wystarcza, by dać złudzenie myśli. Wpływ, wywierany przez mówców na tłumy, jest szczególnie charakterystyczny w tym względzie; nie potrzeba go studjować bliżej, by uświadomić sobie, że chodzi tu o działanie sugestji, którą porównać można do sugestji hipnotyzerów.

Nie zatrzymując się dłużej nad temi spostrzeżeniami, powróćmy do skutków, jakie pociąga za sobą zaprzeczenie wszelkiej prawdziwej hierarchji i zauważmy, że w obecnym stanie rzeczy człowiek nietylko pełni odpowiednią dla siebie funkcję jedynie przypadkowo i w drodze wyjątku, podczas kiedy właśnie taki stan rzeczy powinienby się zaliczać do wyjątków, ale jeszcze się zdarza, że jeden i ten sam człowiek bywa powołany do pełnienia coraz to innych funkcji, tak, jakgdyby mógł zmieniać dowolnie swoje uzdolnienia. Wydać to się może paradoksem w tej epoce "specjalizacji", ale tak się dzieje w istocie, osobliwie w dziedzinie polityki. Jeżeli kompetencja "specjalistów" bywa często bardzo złudną, a w każdym razie bywa zamkniętą w ramach bardzo ciasnych, to wiara w tę kompetencję jest jednakże faktem. Można więc zadać sobie pytanie, jak się to dzieje, że wiara ta nie odgrywa już żadnej roli, jeśli chodzi o karjerę polityków, w której najzupełniejszy nawet brak tej kompetencji rzadko kiedy stanowi przeszkodę? Przy bliższem jednakże zastanowieniu się dochodzimy do wniosku, iż nic w tem niema osobliwego, ponieważ jest to wynik bardzo naturalny pojęcia "demokracji", mocą którego wiadza przychodzi z dołu, opierając się przedewszystkiem na większości, co znowu ma, jako nieunikniony skutek, wykluczenie wszelkiej istotnej kompetencji, ponieważ wszelka kompetencja związana jest z pojęciem pewnej wyższości, nawet względnej i może być jedynie przywilejem mniejszości.

Pewne wyjaśnienia nie będą tu zbędnemi: z jednej strony, aby wykazać sofizmaty, ukrywające się pod pojęciem "demokracji", z drugiej zaś strony węzły, wiążące te pojęcia z całokształtem umysłowości współczesnej. Wobec zajętego przez nas stanowiska nie potrzeba wyjaśniać, że wszystkie te uwagi czynione są poza nawiasem wszelkich konfliktów politycznych, w których, czy to zbliska, czy zdaleka, nie rozpoznajemy się zgoła. Zapatrujemy się na te kwestje w sposób, najzupełniej bezinteresowny, tak, jakgdyby tu chodziło o każdy inny przedmiot badań, starając się jedynie uświadomić sobie jaknajdokładniej, co spoczywa na dnie tych zagadnień; stosowanie tej metody jest niezbędnym i dostatecznym warunkiem do rozwiania wszelkich złudzeń, jakie mają pod tym względem nasi współcześni. Chodzi tu również właściwie o "sugestję", tak, jak to mówiliśmy przed chwilą, poruszając pojęcia nieco różne, choć pokrewne; skoro zaś ma się świadomość, że to sugestja, skoro się zrozumiało jej działanie, nie można już tej sugestji podlegać. W tego rodzaju kwestjach badanie głębsze i czysto "objektywne", używając specjalnego żargonu, zapożyczonego od filozofów niemieckich, jest znacznie skuteczniejsze od wszelkich deklamacji sentymentalnych i od wszelkich polemik partyjnych, które niczego nie dowodzą i są tylko wyrazem zwykłych upodobań indywidualnych.

Najsilniejszy argument przeciwko demokracji daje się streścić w kilku słowach: Pierwiastek wyższy nie może pochodzić z niższego, ponieważ "plus" nie może wynikać z "minusu". Jest to absolutna prawda matematyczna, której nic nie może obalić. Należy zauważyć, że ten sam argument, zastosowany w innej dziedzinie, służy również przeciwko materializmowi. Niema nic przypadkowego w tem uzgodnieniu i dwa te zagadnienia są znacznie ściślej związane ze sobą, niżby się to mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Jest aż nazbyt jasnem, że lud nie może udzielać władzy, której sam nie posiada: prawdziwa władza nie może pochodzić skądinąd, jak tylko z góry. Dlatego, zauważmy to mimochodem, władza nie może zostać uprawniona, jak tylko przez coś wyższego nad porządek społeczny, czyli przez autorytet duchowy; jeżeli jest inaczej, będzie to tylko karykatura władzy, jedynie "stan faktyczny", jednak z braku zasady nie usprawiedliwiony, w którym panować może jedynie nieporządek i zamieszanie. Takie obalenie wszelkiej hierarchji rozpoczyna się z chwilą, gdy władza doczesna chce się wyzwolić z pod władzy duchowej, następnie, gdy chce ją uczynić sobie podległą pod pozorem użycia jej do celów politycznych; jest to pierwsza uzurpacja, otwierająca drogę następnym i możnaby wykazać, że np. królowie francuscy już od XIV wieku pracowali nieświadomie nad przygotowaniem Rewolucji, która miała ich obalić. Innym razem będziemy może mieli sposobność rozwinąć lepiej ten punkt widzenia, który dziś możemy wskazać jedynie bardzo pobieżnie.

Jeżeli określimy demokrację, jako rządzenie się ludu własną, od niego samego pochodzącą władzą, to stajemy wobec niemożliwości, wobec rzeczy, która faktycznie nie może istnieć, ani w naszej epoce, ani w żadnej innej; nie można dać się oszukać słowom, a jest przecież sprzecznością uznać za możliwe, aby jedni i ci sami ludzie byli równocześnie rządzącymi i rządzonymi. Albowiem, chcąc tu użyć języka Arystotelesa, jedna i ta sama istota nie może istnieć w "czynności" i "w potędze", w tym samym czasie i w tym samym stosunku. Panujący tu stosunek wywołuje z konieczności dwa określenia: Nie byłoby rządzonych, gdyby równocześnie nie było rządzących, nawet gdyby ci sprawujący rządy sprawowali je bezprawnie, bez innego prawa, jak to, które sobie przywłaszczyli sami; cała umiejętność rządzących w świecie współczesnym polega na wpajaniu w lud przekonania, że rządzi sam sobą, a lud chętnie wierzy temu twierdzeniu, zwłaszcza, że mu ono pochlebia i że sam nie jest w stanie zastanowić się głębiej, by się przekonać, że jest ono niemożliwością. Dla wytworzenia tego właśnie złudzenia zostało wymyślone "powszechne głosowanie"; opinja większości ma nibyto stanowić prawo, czego się jednak nie spostrzega, to właśnie tej prawdy, że opinja jest czynnikiem, dającym się bardzo łatwo kierować i urabiać zawsze zapomocą stosownych sugestji, że można w tej opinji wywoływać prądy w tym lub innym określonym kierunku. Nie pamiętamy już, kto pierwszy użył określenia co do "fabrykowania opinji"; jest to określenie najzupełniej słuszne, choć należy tu dodać, że niezawsze ci sprawujący na pozór władzę mają w rzeczywistości potrzebne środki do rozporządzenia dla osiągnięcia tego skutku. To ostatnie spostrzeżenie tłumaczy przyczynę, dla której brak kompetencji u polityków, znajdujących się na "świeczniku", ma jedynie znaczenie bardzo względne. Ponieważ jednak nie chodzi nam tu o rozbieranie części składowych tak zwanej "machiny rządzącej", poprzestajemy na zaznaczeniu, że brak właśnie tej kompetencji daje możność podtrzymywania tego wyżej wspomnianego przez nas złudzenia. Jedynie bowiem w tych warunkach politycy, o których mowa, mogą uchodzić jako emanacja większości, będąc niejako jej odbiciem, albowiem większość, powołana do wygłoszenia swego zdania w jakiejkolwiek kwestji, jest zawsze złożona z osobników niekompetentnych, których liczba jest zawsze większą od liczby tych, którzy są w stanie wypowiedzieć się z całkowitą znajomością rzeczy.

Prowadzi nas to do określenia, na czem polega zasadniczy fałsz pojęcia, że większość ma stanowić prawo, gdyż nawet, jeśli to pojęcie siłą rzeczy jest najzupełniej teoretyczne, pozostaje jeszcze do wytłumaczenia, w jaki sposób mogło się ono zakorzenić w umyśle współczesnym, oraz jakie są dążności tegoż umysłu, którym to pojęcie odpowiada i które pozornie zadawalnia. Błąd najwidoczniejszy, to ten właśnie, któryśmy tylko co wskazali: zdanie większości może być jedynie wyrazem niekompetencji, która z kolei wynika z braku inteligencji lub z prostej i czystej ignorancji. Możnaby tu przytoczyć pewne spostrzeżenia z dziedziny "psychologii zbiorowej", a mianowicie przypomnieć fakt dość znany, że w tłumie zbiór reakcji umysłowych, objawiających się wśród jednostek, tłumy tworzących, wytwarza rezultat, nie osiągający nawet poziomu przeciętności, ale poziom czynników najniższych. Możnaby tu z drugiej strony zauważyć, jak to niektórzy filozofowie współcześni chcieli zaszczepić w dziedzinie intelektualnej teorję "demokratyczną", obwieszczającą przewagę zdania większości, czyniąc z tak zwanej zgody ogółu pozorne "kryterjum prawdy". Nawet przypuszczając, że istnieje w rzeczywistości kwestja, co do której wszyscy ludzie mieliby uzgodnione zdanie, to uzgodnienie nicby samo przez się nie dowodziło. Prócz tego nawet, gdyby ta jednomyślność istniała istotnie - co jest zawsze wątpliwem, tembardziej, że jest zwykle znaczna liczba ludzi, nie mających żadnego zdania w jakiejkolwiek kwestji i którzy nawet nigdy nie zastanawiali się nad daną kwestją - byłoby w każdym razie niemożliwością stwierdzić faktycznie powyższą jednomyślność, tak, że to, co się przytacza na korzyść danej opinji i jako dowód jej prawdziwości, okazuje się tylko zgodą największej liczby ludzi, zgodą, zamkniętą w środowisku bardzo ograniczonem w czasie i przestrzeni. W dziedzinie tej uwydatnia się jeszcze bardziej, że teorja ta pozbawiona jest podstawy, gdyż łatwiej tu przychodzi uodpornienie się na wpływy uczucia, które wchodzi w grę, jako nieomal że nieuniknione, gdy chodzi o dziedzinę polityczną. Jest to właśnie wpływ sentymentu, stanowiącego jedną z głównych przeszkód do zrozumienia niektórych rzeczy, nawet dla tych, którzy skądinąd mają zdolność umysłową, w pełni wystarczającą, aby bez trudu zrozumienie to osiągnąć. Impulsy emocjonalne przeszkadzają zastanowieniu się; jednym z najpospolitszych wybiegów polityki jest właśnie umiejętność, wykorzystująca tę niezdolność zrozumienia.

Zbadajmy jednak samo sedno kwestji: czem jest właściwie to prawo większości, na które się powołują rządy współczesne i z którego czerpią swoje usprawiedliwienie? Jest to poprostu prawo materji i siły brutalnej, prawo, mocą którego masa, pędzona własnym ciężarem, rozgniata wszystko, co staje na jej drodze. Tu właśnie znajduje się punkt styczności pomiędzy pojęciem "demokracja" a "materjalizm"; dlatego właśnie pojęcie to jest tak ściśle złączone z umysłowością obecną. Jest to zupełny przewrót porządku normalnego, ponieważ jest to ogłoszenie przewagi wielorakości samej przez się, przewagi, istniejącej jedynie w świecie materjalnym (2) - w świecie duchowym bowiem, a wyrażając się prościej: we wszechświecie, jednostka znajduje się u szczytu hierarchji, gdyż ona jest zasadą, z której płynie wszelka wielorakość (3); skoro jednak przyczyna zostanie negowaną lub nie uwzględnioną, zostaje tylko wielorakość, która identyfikuje się z materją jako taką. Z drugiej strony aluzja nasza do ciężkości jest nie-tylko prostem porównaniem, ciężkość bowiem w dziedzinie sit fizycznych, w zwykłem znaczeniu tego słowa, przedstawia dążność obniżającą się i kompresywną, której wynikiem jest coraz to większe ograniczenie jednostki, a która dąży jednocześnie w kierunku potęgi ilościowej, wyobrażonej w naszem porównaniu coraz to ściślejszą gęstością (4); skłonność ta jest właśnie, która oznacza kierunek rozwoju działalności ludzkiej na początku epoki współczesnej. Prócz tego należy zauważyć, że materja przez swoją potęgę podzielności, a zarazem ograniczenia, jest tem, co nauka scholastyczna nazywa "zasadą indywidualizacji" i argument ten łączy niniejsze nasze spostrzeżenia z poprzednimi naszymi wywodami co do indywidualizmu.

Ta sama dążność, o której mowa, jest również, rzec można, dążnością "wyodrębniającą", tą, według której ma miejsce to, co tradycja judejsko-chrześcijańska określa jako "upadek" istot, które się oddzieliły od jedności pierworodnej (5). Wielorakość, rozpatrywana poza swą zasadą i która przez to nie może być sprowadzona do jedności, przedstawia w porządku społecznym zbiorowość, pojętą jako zwykłą sumę arytmetyczną jednostek, z których się składa i zbiorowość taka nie jest w samej rzeczy niczem innem, o ile żadna wyższa zasada nie łączy jej z jednostkami i prawo zbiorowości pod tym względem jest właśnie prawem o największej ilości, na którem się opiera pojęcie demokratyczne.

Tu należy nam się zatrzymać chwilę, aby rozwiać możliwe pomieszanie pojęć. Mówiąc o indywidualizmie współczesnym, rozpatrywaliśmy jego przejawy prawie wyłącznie w dziedzinie intelektualizmu, możnaby zatem mniemać, że, o ile chodzi o ustrój społeczny, rzecz ma się zgoła inaczej. Istotnie, biorąc określenie „indywidualizmu" w najbardziej ograniczonem jego znaczeniu, byłoby się skłonnym przeciwstawić zbiorowość jednostce i myśleć, że fakty takie, jak rola coraz to więcej zaborcza państwa i wzrastająca różnorodność instytucji społecznej, są oznaką dążności przeciwnej indywidualizmowi. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie, gdyż zbiorowość, nie będąc niczem innem, jak ogólną sumą jednostek, nie może im być przeciwstawioną, tak samo, jak nie może być im przeciwstawione państwo, pojęte na sposób współczesny, czyli jako zwykłe przedstawicielstwo masy, w którem nie przebija żadna zasada wyższa; właśnie bowiem na zaprzeczeniu wszelkiej zasady nadindywidualnej polega indywidualizm taki, jakiśmy tu określili. Jeżeli zatem w dziedzinie społecznej istnieją tarcia między różnemi dążnościami, należącemi w jednakowej mierze do ducha współczesnego, tarcia te nie zachodzą pomiędzy indywidualizmem a czem innem, ale poprostu pomiędzy różnorodnemi odmianami, którym sam indywidualizm, podlega; łatwo tedy uprzytomnieć sobie, że wobec braku wszelkiej przyczyny, zdolnej zjednoczyć prawdziwie wielorakość, tarcia takie muszą być liczniejsze i poważniejsze w naszych czasach, niż w jakiejkolwiek innej epoce. Kto bowiem mówi: indywidualizm, mówi z konieczności: rozdział. Ten zaś rozdział, wraz ze stanem chaotycznym, który zeń wynika, jest fatalnym skutkiem cywilizacji najzupełniej zmaterjalizowanej, ponieważ właśnie materja jest korzeniem rozdziału i wielorakości.

Ustaliliśmy to, trzeba nam jeszcze nalegać na bezpośredni skutek "idei demokratycznej", będącej zaprzeczeniem elity, pojętej w jedynem jej słusznem znaczeniu. Nie bez przyczyny "demokracja" przeciwstawia się bezpośrednio "arystokracji"; to ostatnie określenie oznacza właśnie - przynajmniej, jeśli jest rozpatrywane w swem znaczeniu etymologicznem - władzę elity. Elita, w dokładnem ujęciu, nie może istnieć, jak tylko w niewielkiej liczbie, władza jej, a raczej autorytet, pochodzący li tylko z jej wyższości intelektualnej, nie ma nic wspólnego z siłą liczebną, tą podstawą "demokracji", której cechą istotną jest poświęcenie mniejszości na rzecz większości, a przez to samo, jak wspominaliśmy wyżej, gatunku na rzecz ilości, a co za tem idzie - elity na rzecz masy.

Rolą kierowniczą prawdziwej elity jest samo jej istnienie, z konieczności bowiem odgrywa ona tę rolę, skoro istnieje, jest zatem radykalnie przeciwną "demokracji", związanej ściśle z pojęciem "równości", czyli z zaprzeczeniem wszelkiej hierarchji. Samą podstawą idei "demokratycznej" jest twierdzenie, że każdy poszczególny osobnik wart jest drugiego, gdyż są równi sobie ilościowo, choć nigdy innej równości, jak ilościowej, nie będą w stanie osiągnąć. Prawdziwa elita, jak wspomnieliśmy wyżej, może być tylko intelektualną, dlatego to właśnie "demokracja" nie może wprowadzić się gdzieindziej, jak tylko tam, gdzie czysty intelektualizm nie istnieje, jak się to dzieje obecnie z naszym światem współczesnym. Tylko, ponieważ równość jest faktycznie niemożebną, gdyż w praktyce nie można znieść wszelkich różnic między ludźmi, pomimo wszelkich wysiłków niwelacyjnych, dochodzi się zapomocą ciekawej nielogiczności do tworzenia fałszywych elit, bardzo różnorodnych, dążących do zastąpienia prawdziwej elity; owe fałszywe elity opierają swe istnienie na jakich bądź wyższościach, wybitnie względnych i przypadkowych, a zawsze w czysto materjalnym zakresie. Łatwo to można stwierdzić, zważywszy, że wyróżnienie społeczne, mające obecnie największe znaczenie, jest to, które się opiera na majątku, czyli na wyższości najzupełniej zewnętrznej, oraz ilościowej; jedyne to wyróżnienie, dające się uzgodnić z "demokracją", ponieważ wychodzi z tego samego punktu widzenia. Dodamy zresztą, że ci, którzy występują jako przeciwnicy tego stanu rzeczy, nie wprowadzając przytem żadnej zasady natury wyższej, nie są w możności zaradzić skutecznie temu nieładowi, nawet wówczas, jeśli go nie potęgują, idąc wciąż dalej w tym samym kierunku; walka toczy się jedynie wśród odmian "demokracji", akcentując mniej lub więcej dążność do "równości", taką, jaka występuje wśród różnorodnych odmian indywidualizmu, co zresztą na jedno wychodzi.

Ta garść uwag wydaje nam się wystarczającą dla scharakteryzowania społecznego współczesnego świata, wykazując jednocześnie, że w tej dziedzinie, tak, jak i w innych, jeden jest tylko środek wydobycia się z chaosu - powrót do intelektualności, a zatem przygotowanie elity, która obecnie nie istnieje na Zachodzie Nie można bowiem określić tą nazwą kilku pierwiastków odosobnionych i nie skoordynowanych, które przedstawiają niejako możliwości nierozwinięte. W samej rzeczy pierwiastki te mają na ogół tylko dążności lub aspiracje, pobudzające je do reagowania na współczesnego ducha, bez możliwości istotnego działania ich wpływu; to, co im zbywa, to prawdziwa wiedza, przekazana przez tradycję, której zaimprowizować niepodobna, a inteligencja, puszczona samopas w tak pod każdym względem niepomyślnych okolicznościach, nie może tego zastąpić, jak tylko bardzo nieudolnie i w nader ograniczonej mierze.

Istnieją zatem jedynie wysiłki rozprószone, które się często zatracają na skutek braku zasad i kierunku doktryny. Rzecby można, że świat współczesny broni swego ustroju swem własnem rozdrobnieniem, od którego nawet jego przeciwnicy nie umieją się ustrzec. Taki stan rzeczy trwać będzie, dopóki ci ostatni będą stali na gruncie "świeckim", na którym duch współczesny posiada bardzo wybitny atut, ponieważ jest to jego własna i wyłączna dziedzina; zresztą, jeżeli przy tym gruncie obstają, to dlatego, że mimo wszystko duch ten ma na nich bardzo wielki wpływ.

Z tego to właśnie powodu tylu ludzi, ożywionych niezaprzeczenie dobrą wolą, nie jest w stanie pojąć, że należy z konieczności rozpocząć od zasad i upierają sią przy rozdrabnianiu sił w takiej lub innej dziedzinie relatywnej, społecznej czy innej, w której nie można w tych warunkach dokonać nic istotnego lub trwałego. Prawdziwa elita przeciwnie, nie powinna wkraczać bezpośrednio w te dziedziny, ani mięszać się do działalności zewnętrznej, powinna natomiast kierować wszystkiem swoim wpływem, nieuchwytnym dla gminu, tem głębszym, im mniej byłby widocznym.

Rozmyślając o potędze sugestji, o której wspominaliśmy wyżej, a która nie dopuszcza żadnego prawdziwego intelektualizmu, będziemy mogli mieć wyobrażenie, jak wielką tembardziej byłaby potęga takiego wpływu, wywieranego w jeszcze większym ukryciu ze względu na jego naturę i bieżące źródło swe w czystej umysłowości - potęga, która zresztą, zamiast być osłabioną rozdziałem, tkwiącym w wielorakości i słabością, nieodłączną od kłamstwa i złudzenia, byłaby, przeciwnie, wzmocnioną przez skupienie w jedności zasadniczej i zidentyfikowałaby się z samą siłą prawdy.


  1. To, co ludzie nazywają trafem, jest poprostu nieznajomością z ich strony przyczyn; gdyby przez powiedzenie, że "coś się stało przypadkiem", chciało się wyrazić, że dane wydarzenie stało się bez przyczyny, byłoby to przypuszczenie sprzeczne samo w sobie.
  2. Wystarczy przeczytać św. Tomasza z Akwinu, by zrozumieć "numerus stat ex parte materiae".
  3. Z jednych kategorji rzeczywistości do drugich analogja tu, jak również we wszystkich wypadkach podobnych, musi być ściśle stosowana w kierunku odwrotnym.
  4. Dążność tę tradycja hinduska określa jako Tamas i utożsamia ją z ciężkością i ignorancją; zauważa się, że wedle tego, cośmy mówili o stosowaniu analogji, kompresja, czyli kondensacja jest przeciwieństwem koncentracji duchowej lub intelektualnej, tak, że chociaż wydać się to może dziwnem na pierwszy rzut oka, jest ona korelatywną rozdziałowi i zatraceniu się wielorakości. Rzecz się ma tak samo z jednostajnością, urzeczywistnioną od dołu na najniższym poziomie, według pojęcia "równości", które jest na przeciwnym krańcu jedności wyższej i zasadniczej.
  5. Dlatego to Dante umieścił symboliczne miejsce pobytu Lucyfera w samym środku ziemi, czyli w miejscu, w którem zbiegają się ze wszystkich stron siły ciężkości; biorąc rzecz z tego punktu widzenia, jest to strona przeciwna centrum atrakcji duchowej lub niebiańskiej, której symbolem jest słońce, według największej części tradycyjnych doktryn.

(źródło: R. Guénon, La crise du monde moderne, 1927
tłum. Nasza Przyszłość, t. XXX, 1933)